To był wspaniały dzień! I to nie tylko dlatego, że po raz pierwszy w mojej groundhoperskiej "karierze" miałem okazję obejrzeć na żywo finał Pucharu Polski. Znacznie ważniejsze było, kto w tym finale zagrał - bo dla Obserwatorów bloga nie jest tajemnicą, której drużyny kibicem jestem. I... udało się! Górnik Zabrze, po 38 latach (!) przerwy, dorzuca do klubowej gabloty kolejne trofeum - 7. w swojej historii Puchar Polski!
Czy 10 miesięcy temu można było rozważać w ogóle taki scenariusz? Serce każdego "Żabola" zapewne pewnie dopuszczało taką ewentualność, ale zdrowy rozsądek... niekoniecznie. Myślę, że o sukcesie mogli marzyć tylko niepoprawni optymiści, chociaż... za takim scenariuszem przemawiać mogło zatrudnienie w czerwcu 2025 Michala Gašparíka w roli trenera Zabrzan. Ale o tym za chwilę.
Droga Górnika do finału na Stadionie Narodowym była... wyjątkowa. "Trójkolorowi" wszystkie spotkania rozgrywali bowiem na wyjazdach. W I rundzie Zabrzanie pokonali 3:0 rezerwy Legii Warszawa, w 1/16 finału wyeliminowali Arkę Gdynia (2:1 po golu w końcówce), w 1/8 finału wygrali 3:1 z Lechią Gdańsk, by w ćwierćfinale trafić na najtrudniejszego rywala - ekipę Lecha Poznań. Z aktualnym mistrzem kraju Górnik mierzył się już w lidze dwukrotnie i dwa razy przegrał - jesienią 1:2 na wyjeździe, a w lutym tego roku 0:1 na własnym boisku. W pucharze było jednak odwrotnie - ekipa Gašparíka wygrała w stolicy Wielkopolski 1:0, chociaż przez ostatni kwadrans musiała grać w osłabieniu (czerwona kartka Maksyma Chłania, po której Marcel Łubik obronił rzut karny wykonywany przez Joela Pereirę). W półfinale Górnik trafił w teorii najłatwiej, bo na III-ligowego Zawiszę (który zaciekle walczył o awans i był liderem swojej grupy) i ostatecznie wywalczył przepustki do stolicy wygrywając w Bydgoszczy 1:0. Dla porównania Raków, który do gry dołączył od 1/16 finału, z czterech meczów w tej edycji Pucharu Polski, połowę rozegrał na własnym terenie.
Mecz finałowy na papierze zapowiadał się wyrównanie, świadczyły o tym też przedmeczowe kursy bukmacherów. Górnik miał jednak pewną przewagę psychologiczną, bo z Rakowem - podobnie jak ze wspomnianym wcześniej Lechem - mierzył się już w lidze dwukrotnie, ale akurat w spotkaniach z "Medalikami" w obu meczach triumfował. Jesienią w Częstochowie "Trójkolorowi" wygrali 1:0, a w połowie marca zwyciężyli na własnym stadionie 3:1. Zabrzanie mieli też na ławce wspomnianego wcześniej Gašparíka, ale... o tym później.
Na pierwszego gola finału przyszło czekać ponad pół godziny, ale do tego czasu to raczej Górnik - formalny gospodarz spotkania na Stadionie Narodowym - prezentował się nieco lepiej. I właśnie w 32. minucie Zabrzanie wyszli na prowadzenie. Rzut rożny wywalczył Chłań, z narożnika dośrodkował Erik Janža, akcję na "bliższym słupku" wykończył Roberto Massimo, notując tym samym swoje premierowe trafienie w trójkolorowych barwach. Niemiec okazał się tym samym niespodziewanym bohaterem, bo przecież w rundzie jesiennej zaliczył tylko kilka występów (trzy w podstawowym składzie), następnie kilka miesięcy zmagał się z kontuzją, a do gry wrócił wiosną, notując wejścia z ławki, a w wyjściowej jedenastce Górnika zagrał po przerwie dopiero tydzień temu, podczas wygranego 2:1 spotkania z Jagiellonią w Białymstoku.
Losy meczu rozstrzygnęły się w 65. minucie, gdy wynik spotkania ustalił Chłań. Długą piłkę z własnej połowy zagrał Josema, futbolówkę wprost pod nogi rywala strącił Igor Tudor, a ukraiński skrzydłowy ruszył do przodu i wykorzystał złe ustawienie Oliwiera Zycha, strzelając tuż zza linii 16. metra. W 90. minucie na murawie pojawił się Lukas Podolski - można by rzec, że bardziej symbolicznie niż w celu wzmocnienia zabrzańskich szeregów, ale i tak... osłabił rywala - w 2. minucie doliczonego czasu gry po faulu na nim (brutalny atak od tyłu na łydkę) z boiska wyrzucony został Jonatan Braut Brunes. Chwilę później, w odstępie kilku sekund, obserwowaliśmy jeszcze dwa strzały z dystansu w wykonaniu niemieckiego napastnika, który chyba za wszelką cenę chciał wpisać się na listę strzelców, a po drugim zablokowanym uderzeniu sędzia Jarosław Przybył zagwizdał tego dnia po raz ostatni, a Zabrzanie ruszyli na murawę, by celebrować triumf
To tyle wieści z murawy. Natomiast na trybunach... obie drużyny otrzymały do dyspozycji po 11 tysięcy biletów na sektory za bramkami i nie trzeba dodawać, że wejściówki te - szczególnie w Zabrzu - cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. W ogóle głód sukcesu w Zabrzu i zainteresowanie meczem finałowym po stronie Górnika było nie do opisania - kibice Trójkolorowych zdominowali trybuny Stadionu Narodowego i nie będzie przesadą stwierdzenie, że łącznie pojawiło się ich w stolicy ok. 35 tysięcy - dysproporcja na sektorach neutralnych (na które sprzedaż internetowa trwała... kilkadziesiąt minut) widoczna była gołym okiem, bo okolicznościowe białe koszulki, przygotowane przez Górnik na finał, przeważały nad czerwono-niebieskimi barwami Rakowa. W temacie ultras mieliśmy też kilka pokazów. Zaczęli "goście" - przed meczem Raków zaprezentował zakazaną "reprezentacyjną" oprawę "Do boju Polsko" z orłem na tle polskiej flagi (to kolejny punkt "tournée" tej prezentacji, która w Zabrzu pojawiła się podczas styczniowego spotkania z Piastem Gliwice), uzupełnioną transparentem "Orzeł wylądował" i sporą ilością czerwonych raz odpalonych w rzędzie na górnej trybunie. Następnie, w trakcie pierwszej połowy, Częstochowianie zaprezentowali dwupoziomową kartoniadę z datami 1921 oaz 2026, którą uzupełniał transparent "105 lat dumy świętego miasta", natomiast po przerwie przyszedł czas na sektorówkę z zamaskowanym jaskiniowcem (tutaj "Medaliki" mieli pewne problemy z jej poprawnym rozwinięciem) i hasłem "usiądźcie wygodnie, będziemy palić pochodnie", a całość ponownie dopełniły odpalone w rzędzie race. Ciekawe było przygotowanie w sektorówce "okienka" w miejscu pochodni, gdzie z rac pojawił się prawdziwy ogień. Zabrzanie na finał przygotowali dwie oprawy. Pierwszą była również dwupoziomowa kartoniada, z której powstał imponujący napis "Torcida". Kolejna, zaprezentowana w drugiej połowie, była dwuetapowa. Pomiędzy poziomami pojawiły się dwa transparent z datami, przypominającymi dotychczasowe triumfy Górnika w Pucharze Polski, a po środku zawisło płótno z klubowym herbem i postacią Stanisława Oślizło wznoszącego w górę trofeum. Całość uzupełniło flagowisko na dolnych sektorach. Oprawa ta zbiegła się w czasie z golem na 2:0, a po tym trafieniu w centralnej części trybuny pojawił się nowe płótno - tym razem z Pucharem Polski i rokiem 2026. Niestety, po stronie Zabrzan tego dnia zabrakło jakiejkolwiek pirotechniki - arsenał "Żaboli" był podobno spory, ale "kontrabandę" udało się namierzyć i przechwycić stróżom prawa.
🏆✅️#GÓRRCZ pic.twitter.com/5LNvgllbxy
— GroundhoppingPolska (@GroundhoppingPL) May 2, 2026
Dla Górnika był to siódmy triumf w rozgrywkach o Puchar Polski, ale pierwszy po ponad... półwiecznej przerwie. Po raz ostatni Zabrzanie wznosili w górę to trofeum w 1972 roku!
Na koniec obiecana wzmianka o trenerze Gašparíku. Słowak objął funkcję szkoleniowca Zabrzan w czerwcu ubiegłego roku, przechodząc (a raczej "wracając", bo przecież w przeszłości występował przy Roosevelta jako piłkarz) na Górny Śląsk ze Spartaka Trnawa, gdzie w ostatnich czterech latach... czterokrotnie dochodził do finału Pucharu Słowacji i trzykrotnie w tych rozgrywkach wygrywał (2022, 2023 i 2025). Jak widać 45-latek okazał się "pucharowym specjalistą" nie tylko w ojczyźnie.
02.05.2026; Polska, Puchar Polski - finał:
Górnik Zabrze - Raków Częstochowa 2:0 (1:0)
1:0 - Roberto Massimo 32'
2:0 - Maksym Chłań 65'
Czerwone kartki: Jonatan Braut Brunes (90', za brutalny faul), Adriano Amorin (po meczu) - Raków Częstochowa.
Widzów: 50072
Bilet: 120 PLN











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz